Pomysły w głowie mnożą się z prędkością światła i gdyby nie notatnik, połowę z nich po minucie bym zapomniała. Plany na kolejny dzień, tydzień, miesiąc wypełniają mój kalendarz po brzegi, pracy oddaję się na 120% (biorąc pod uwagę nie tylko ilość spędzonych tam godzin), w domu musi być zawsze czysto, ubrania trafiają do szafy dopiero, gdy są wyprasowane, a ja chciałabym jeszcze zapisać się na kurs bachaty, przynajmniej raz w tygodniu pograć w tenisa stołowego, adoptować w przyszłości psa i sprawić sobie kota niebieskiego rosyjskiego. A, no i jeszcze regularne treningi i przyrządzane w domu zdrowe posiłki. Wiem, wiem. To tylko kwestia dobrej organizacji.

W dzisiejszym poście chodzi mi o to, że bycie ambitnym i pracowitym to piękna zaleta, ale czasami bierzemy na siebie zbyt dużo. Zbyt wiele chcemy zrobić naraz, aż odbiera nam to całą przyjemność z działania. Ja dosyć często (niestety) robiąc jedną rzecz, myślę już o drugiej, a czasami nawet o trzeciej. Łapię się na tym i próbuję zwolnić, by za 5 minut znów robić to samo. Czasami uświadamiam sobie, że po powrocie z pracy nie usiadłam nawet na chwilę, nie przebrałam bo przecież trzeba posprzątać, zrobić kolację, napisać posta, a dzień już zaraz się skończy. I jak ktoś mi mówi: „Ty nie masz dzieci, to masz tyle wolnego czasu”, to mnie krew zalewa. Nie mam dzieci bo to mój wybór, Tobie też nikt nie kazał mieć – brzmi zazwyczaj moja odpowiedź.

No i po kilku tygodniach funkcjonowania na pełnych obrotach, mój organizm zazwyczaj się buntuje. Stanowczo odmawia wtedy dalszej współpracy i wiem już, że przegięłam. Moja motywacja jest wtedy zerowa, zdrowe wybory przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, nie mam ani siły ani ochoty na nic. Pozwalam wtedy sobie na odpoczynek, który nie polega na całodniowym zaleganiu na kanapie, ale na długim spacerze, joggingu, czytaniu książki lub medytacji. Skupiam się wtedy tylko i wyłącznie na sobie i swoich potrzebach bo wiem, że jeśli nie zadbam o siebie, nie będę w stanie realizować swoich dalszych planów. Gdy już jestem fizycznie wypoczęta, zabieram się za psychiczną stronę odpoczynku i szukam sposobów na ponowne złapanie wiatru w żagle, ale tym razem może trochę wolniej, uważniej i zdrowiej dla mojej psychiki. Niedawno znów przez chwilę musiałam zatrzymać się i zapytać sama siebie: Gdzie Ty znów tak pędzisz? Nie do końca jeszcze rozumiem ten mój motorek, któremu rzadko kiedy zapala się rezerwa. Wiem natomiast jedną ważną rzecz: muszę coś z tym zrobić. I o ile uważne życie i dostrzeganie małych rzeczy przychodzi mi już z łatwością, tak wymagania wobec siebie są coraz większe, a co za tym idzie, zaczyna mi brakować doby. Dlatego oficjalnie z tym kończę. Jak na razie doszłam do jednej konkluzji: mój plan dnia musi ulec przeglądowi, a zadania będę wykonywała po kolei, nie wszystkie na raz. Tymczasem podzielę się z wami kilkoma sposobami, które motywują mnie, pomagają wrócić na właściwy tor i być może tym razem pozwolą rozsądniej podejść do własnych celów i zadań.

1. Filmy motywacyjne z TED-a
Już kilka razy wam o nich pisałam, ale jeszcze raz wspomnę, że tyle ciekawych historii i niesamowitych ludzi w jednym miejscu, że aż ciężko się oderwać. Dla mnie super motywacja i kopniak w tyłek.

2. Zrozumienie sytuacji i wyciągnięcie wniosków
Błędy można popełniać w kółko te same, gdyż czasami po prostu leżą w naszej naturze, są naszym niezdrowym nawykiem, rutyną i być może nie potrafimy inaczej. Grunt to uświadomienie sobie, gdzie leży problem i wyciągnięcie wniosków z w kółko powtarzanych zachowań. Jak już sobie uświadomimy, gdzie leży sedno, jesteśmy w połowie drogi do sukcesu.

3. Pomysł na dalsze działanie.
Jak już uświadomisz sobie, gdzie leży problem, powinnaś przeanalizować sytuację i czasami nawet rozłożyć ją na czynniki pierwsze. I tutaj z pomocą przychodzi punkt 1, a raczej filmik z być może znanym wam autorem słynnej książki „4-godzinny tydzień pracy”, którego przekaz polega na tym,  by w obliczu dużego stresu przed nieznanym, niepewności lub czegokolwiek, co przysparza nam nerwów, zadać sobie pytanie: Co się stanie, jeśli? I w odpowiedzi na nie stworzyć tabelkę z trzema możliwościami: 1) Najgorszy możliwy scenariusz wynikający z naszych obaw, stresu, problemu 2) Co mogłabyś zrobić, by zapobiec lub zmniejszyć ewentualność wydarzenia się tego najgorszego scenariusza, 3) Co mogłabyś zrobić, by naprawić sytuację, gdyby najgorszy scenariusz się ziścił lub kogo mogłabyś poprosić o pomoc. Rewelacyjne ćwiczenie, które sprawia, że każdy problem w naszej głowie, jak duży by się nie wydawał, zmniejsza się i sprawia, że zaczynamy myśleć o nim jak o sprawie, którą da się załatwić bo… jesteśmy częściowo na nią przygotowani. W filmiku Tim opowiada również o drugiej części ćwiczenia, w którym wyobrażamy sobie, jakie byłyby korzyści podjęcia próby zawalczenia o nasze cele i marzenia, ale może lepiej obejrzyjcie go sami bo naprawdę warto. Ponownie, super motywacyjny kopniak.

4. Rozmawiaj o swoich potrzebach.
Może rozwiązanie problemu jest tak błahe jak np. lepszy podział obowiązków lub rozłożenie ich na mniejsze czynniki. Może kolacje mogłabyś przygotowywać trzy razy w tygodniu na dwa dni z góry. Pomyśl i obgadaj to z tymi, którzy zobaczą Twój problem z innej perspektywy i pomogą Ci, o ile tylko poprosisz. Wiem z doświadczenia, jak trudno jest się przyznać do tego, że nie dajemy rady, że coś nas przerasta lub że potrzebujemy pomocy. Zrozumieją to na pewno takie Zosie Samosie jak ja. Jest to lekcja, której ja cały czas się uczę i muszę przyznać, że nie jest łatwo. Rozmowa, rozmowa i jeszcze raz rozmowa. Nie oczekuj, by inni domyślili się, że potrzebujesz pomocy.

5. Próbuj
Być może pomysł, który będzie miał na celu rozwiązanie problemu i zmotywowanie Cię do działania nie okaże się najlepszy, być może będziesz musiała wymyślić coś innego. Najważniejsze jednak, żebyś próbowała. Mi osobiście sama idea znalezienia rozwiązania i podjęcia próby poradzenia sobie z problemem motywuje i sprawia, że stawiam mu czoła i chce mi się działać. No i do tego czuję, że nie stoję w miejscu, nie godzę się na niewygodne sytuacje, „walczę” o lepszy komfort życia i ciągły rozwój.

6. Małe pocieszacze
Trening, odcinek ulubionego serialu, cisza, czas z samą sobą, czas spędzony razem z mężem, ale także paczka Doritosów czy kubełek lodów Haagen Dazs są jednymi  z moich pocieszaczy, które pomagają mi również dostrzec, że moje „problemy” to… tak naprawdę żadne problemy i biorę się w garść.

A gdybyście potrzebowały kilku sposobów na skuteczną organizację, zapraszam was do wpisu o tej właśnie tematyce.

Moje sposoby na skuteczną organizację

A jakie są Twoje sposoby na zmotywowanie się do działania? Może znasz jakiś cudowny sposób by przez cały czas być super aktywną i działającą na wysokich obrotach osobą? Jeśli tak, koniecznie podziel się swoim odkryciem.

Zapisz

Zapisz