Wyjazd na Sycylię nie był planowany. Dwa tygodnie przed terminem wylotu doszliśmy do wniosku, że skoro mamy ponad tydzień wspólnego wolnego, nie ma sensu siedzieć w domu. Sycylia, w odróżnieniu do Madery, była zawsze na naszej liście. Cierpliwie czekała na swoją kolej. No i się w końcu doczekała. Zapraszam Cię dziś na pamiętnik z Sycylii: część pierwsza- Syrakuzy i Taormina.

Podróże są jedną z moich największych pasji. Październikowe wakacje lubię najbardziej bo zazwyczaj są przedłużeniem lata ( o ile wybieramy się w cieplejsze miejsca Europy), a także w praktycznie każdym miejscu w Europie będzie już dużo mniej turystów. To z kolei oznacza mniej przepychania się, stania w kolejkach, spieszenia się, by zdążyć przed innymi. Uwierz mi, że urlop o tej porze roku jest wybawieniem, jeśli lubisz podróżować w spokoju, a do tego cieszyć się ze słoneczka zamiast w desperacji przemieszczać się z jednego cienia w drugi.

Pamiętnik z Sycylii: część pierwsza – Syrakuzy i Taormina

Pierwszy dzień naszego spontanicznego wyjazdu na Sycylię, to zwiedzanie Syrakuz i Ortigii, gdzie wynajęliśmy mieszkanie na cały pobyt. Nie zaczęło się zbyt miło, końcówka lotu obfitowała w liczne turbulencje, a lądowanie było najgorsze w moim życiu. Miotało samolotem na wszystkie strony i jestem pewna, że spod kół przy wylądowaniu poleciały iskry. Takich emocji spodziewałam się po lądowaniu na Maderze… Na szczęście przeżyliśmy, jedyny uszczerbek na zdrowiu to dłoń Ł., której prawdopodobnie zmiażdżyłam kilka kostek ściskając ją z całych sił (jakby miało mi to w czymś pomóc…)

Jak zwykle zmęczenie podróżą dało o sobie znać dopiero późnym wieczorem. Zdążyliśmy pospacerować po Ortigii, obejrzeć piękny zachód słońca, zjeść kolację z sycylijskimi przysmakami na deser.

Pyszne ravioli z pesto z pistacji w

La Locandiera -restauracja w Syrakuzach

Już na lotnisku czekał na nas wypożyczony samochód, którym chcieliśmy przejechać jak najwięcej kilometrów. Ja byłam kierowcą, Ł. nawigatorem. Jak to zwykle bywa w nowych miejscach i w nowym samochodzie, trochę się stresowałam. Na szczęście dosyć szybko przestałam sięgać lewą ręką do skrzyni biegów, natomiast jazda samochodem po Sycylii to nie lada wyzwanie dla mojej cierpliwości. Jestem przyzwyczajona do ogromnej kultury jazdy Anglików i gdy co chwila spotykam się z trąbieniem, nieużywaniem kierunkowskazów czy podjeżdżaniem pod sam tył samochodu przy pełnej prędkości…no muszę przyznać, trochę się naklęłam. Włosi jeżdżą jak chcą, stosują się naprawdę do niewielu zasad na drodze. I o ile myślałam, że gorzej niż w Kenii być nie może, grubo się myliłam.

Ja- wystraszona, chcąca, nie dość, że skręcić w dobrą drogę, to jeszcze przepuszczająca innych kierowców vs narwańcy Sycylijscy, którym wszędzie się okropnie spieszy. Pierwsze kilka dni tę walkę przegrywałam. Myślę, że dopiero trzeciego dnia nabrałam więcej pewności i zaczęłam stosować podobne zasady jazdy, do tego przestałam się stresować trąbieniem i z równym entuzjazmem wymachiwałam na innych rękami. A co!

 

Plan całego wyjazdu spoczywał w niezastąpionych rękach Ł., który zdecydował, że Katania jako miejsce “osiedlenia sie” odpada. Padło więc na Syrakuzy, które miastem są… ładnym, ale widziałam już ładniejsze włoskie miasteczka. Dużo zniszczonych lub opuszczonych budynków, na każdym kroku psie kupy i do tego śmieci. Strasznie dużo śmieci, wyrzuconych zepsutych mebli, sprzętów AGD. Gdyby nie Ortigia, czyli oddzielona mostem mała wysepka przy Syrakuzach, nie wiem, czy by mi się tam podobało.

Kwintesencją Ortigii są piękne uliczki, zapachy z restauracji, ryneczek ze świeżo złowionymi rybami, na wpół zielonymi pomarańczami, domowej roboty suszonymi pomidorkami i piękne widoki na morze. Oj tak, Ortigia skradła moje serce. Ochów i achów nie było końca, tak samo jak i zdjęć prawie każdej mijanej uliczki. Zobacz sama.

Na pierwsze śniadanie, czyli rankiem kolejnego dnia, wybraliśmy się do Angelina’s Bakery. Bardzo klimatyczne miejsce z huśtawką zamiast krzesła i bardzo ładnie podanym śniadaniem. Po śniadaniu, od razu ruszyliśmy w drogę. Pierwszym miejscem na naszej liście była Taormina.

Pierwsze kilometry maluszkiem Aygo mieliśmy już za sobą, w drodze do Taorminy podziwialiśmy piękne, sielskie widoki, plantacje z drzewami pomarańczowymi, limonkami i cytrynkami. Dojechaliśmy, zaparkowaliśmy i co? I zaczęło padać… Miasto znajduje się w górach, wiatr i niższa temperatura była oczywista, ale na deszcz nie byliśmy gotowi. Czy zgadniesz, gdzie przeczekaliśmy ulewę?

Tak, w lodziarni. Jeśli chodzi o lody włoskie, to jestem w stanie poświęcić własne zdrowie, czyt. ryzykować przeziębieniem, ale nie odpuszczę. Niestety pierwsze zetknięcie nie przyniosło pozytywnych emocji. Lody były mocno śmietanowe, smaki nijakie. A uwierz, że kto jak kto, ale na lodach, to ja się znam. Na szczęście wszystkie inne zaliczone lodziarnie były już tylko lepsze ( a muszę przyznać, że było ich sporo).

Spójrzcie tylko na tego “słodkiego”  delfinka zrobionego z banana…..

Taormina, kiedy już przestało padać, okazała się pięknym, aczkolwiek bardzo turystycznym miasteczkiem. Powodem, dla którego większość turystów tu przyjeżdża nie jest tylko jego położenie. Jest nim przede wszystkim piękny, starożytny teatr, przy którym w bezchmurne dni można podziwiać nie tylko kunszt budowlany naszych przodków, ale także Etnę. Nam nie dane było jej w pełni zobaczyć, ale widoki i tak zapierały dech w piersi.

Po kilku godzinach spacerowania po wąskich uliczkach, wyruszyliśmy w dalszą podróż. Tego dnia zajechaliśmy również Ragusy, ale o tym już w kolejnym poście. Zdecydowałam, że podzielę mój Sycylijski pamiętnik przynajmniej na dwa wpisy, gdyż jest jeszcze zbyt wiele o czym chciałabym Ci jeszcze opowiedzieć, a nie chcę robić tego “po łebkach”. Mam nadzieję, że podobają Ci się wpisy c cyklu Pamiętniki z podróży. Dla mnie są one tymi, do których wracam najczęściej.

Większość zdjęć do dzisiejszego wpisu zrobiłam….telefonem. Samsung Galaxy S8 był ze mną w każdej chwili naszej podróży po Sycylii i nie ukrywam, że był ogromnym ułatwieniem, gdyż nie trzeba było ciągle nosić ze sobą ciężkiego aparatu. Jak widzicie, zdjęcia są nie tylko wyraźne, ale też pełne kolorów. Samsung podołał nawet zdjęciom robionym wieczorami. Jestem nim naprawdę zachwycona.

P.S. Gdybyś miała ochotę zajrzeć do mojego poprzedniego pamiętnika z Madery, bardzo proszę:

Pamiętnik z Madery cz.1

Pamiętnik z Madery cz. 2

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz